czwartek, 3 kwietnia 2014

#27 Pomożesz mi z walizkami?



Violetta

Lekko zsunęłam się na podłogę. Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. To za wcześnie – przeszło mi przez myśl – Nie dam rady – załkałam. Znowu wszystko się wali.
Po chwili krzyknęłam sama do siebie – Weź się w garść dziewczyno!
Zadzwoniłam do swojej najlepszej przyjaciółki.
- Hej Fran. Proszę przyjdź.
- Cześć. Co się stało?
- Ja… Ja jestem w ciąży.
- CO!?
- Fran nie drzyj się tak…
- Sorki… Już idę do Ciebie, trzymaj się.
Wyszłam z łazienki. Skierowałam się do pokoju i schowałam do biurka zużyte testy. Położyłam się na łóżku, lecz po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi mojej przyjaciółce. Zaprowadziłam ją do swojego pokoju i zaczęłyśmy rozmowę.
- Vilu… ale jak to?
- J-j-ja nie wi-i-em Fran…
- Musisz powiedzieć Leonowi – powiedziała stanowczo.
- Ale ja…
- Nie ma, ale. Już nie pamiętasz, co było WTEDY?
- Tak… Tak masz rację. Muszę mu powiedzieć.
- No i to  ja rozumiem! Kochana lecę już. Luca chciał, żebym mu pomogła w barze. Powodzenia.
- Dzięki. Uwielbiam Cię!
- Ja Ciebie też!
~*~
Umówiłam się już z Leonem. Ubrałam się w to. Teraz idę w stronę parku, gdzie mamy się spotkać. Mam nadzieję, że nie stchórzę.
~*~
Gdy przechodziłam krętą uliczką między kwiatami zauważyłam Leona. Stał z Larą, która przyciągnęła go do siebie i pocałowała. Nie mogłam dalej na to patrzeć.
- Nienawidzę Cię! – krzyknęłam i ze łzami w oczach szybko zawróciłam. Usłyszałam tylko ciche „Violetta…”. Gdy dobiegałam do domu ktoś pociągnął mnie za rękę. Odwróciłam się i zobaczyłam bruneta.
- Zostaw mnie.
- Violu to nie tak.
- A jak?
- To ona mnie pocałowała, nie ja ją. Chciałem się odsunąć, ale -
- Ale co? Nie wiesz jak to boli León.
- Nie chciałem tego Violetto.
- Rozstańmy się, tak będzie lepiej – powiedziałam i weszłam szybko do domu. Pomyślałam, że może to wszystko działo się za szybko. Nie powinniśmy tak wcześnie wylądować w łóżku. To w ogóle nie powinno mieć miejsca. Ale teraz jedno pytanie. Jak wychowam to dziecko? No jak? Sama?
Usłyszałam pukanie do drzwi. Wiedziałam, że to León, ale zaryzykowałam i otworzyłam.
- Mogę wejść?
- Masz 5 minut… - wpuściłam go i poszliśmy do mojego pokoju.
- Nie możemy się rozstać. Kocham Cię. Nigdy nie czułem czegoś takiego do innej osoby.
- León, ja… Nie wiem co mam o tym myśleć. To bardzo mnie zabolało, ale… Sama sobie nie poradzę.
- Ale z czym sobie nie poradzisz?
- Bo, bo… Bo ja… Znaczy ty będziesz… i ja…
- No powiedz to.
- … - wzięłam głęboki oddech i powiedziałam – Jestem w ciąży – automatycznie schowałam twarz w dłoniach i usiadłam na łóżku – Wiem, jestem nieodpowiedzialna, nie wzięłam tabletek, a ni nic. Teraz przeze mnie będziesz miał problemy… Jesteśmy jeszcze za młodzi na dziecko… Ja… -
- Csii… - objął mnie, a ja wtuliłam się w jego tors – Damy radę.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też, bardzo.

León

Violetta trochę zaskoczyła mnie tą wiadomością… Ale co miałem zrobić? Chciałbym z nią stworzyć rodzinę, ale czy to nie za wcześnie? W każdym razie, muszę być teraz przy niej.
- León…
- Słucham Violuś?
- Musimy powiedzieć rodzicom.
- Tak, wiem.
- Może zaprosimy ich jutro na kolację?
- Dobrze. U Ciebie czy u mnie?
- Może być u mnie.
*Następnego dnia, 18:00*

Przyszedłem z rodzicami do domu mojej dziewczyny. Siedzimy właśnie przy stole, śmiejemy się i rozmawiamy. Zaraz nie będzie tak zabawnie – pomyślałem.
- Mamo, tato, panie Germanie. Chcielibyśmy coś Wam powiedzieć – wziąłem się na odwagę, wstałem od stołu, podobnie zrobiła Violetta.
- Bo ja… - zaczęła Viola.
- Violetta jest w ciąży – dokończyłem.
- CO!? – wykrzyknął jej ojciec – Nie zgadzam się na to! Ty! – zwrócił się do mnie – Jak mogłeś ją zapłodnić? A ty! – wskazał na Violettę – Wynoś się z tego domu! Nie będę niańczył Twojego bachora! Teraz!
Violetta ze łzami w oczach opuściła salon, a ja za nią. Udałem się z nią do jej pokoju. Zaczęła wyrzucać swoje ciuchy z szafy.
- Violu, co ty robisz?
- Wyprowadzam się!
- A niby gdzie?
- Ja… ja… nie wiem – opadła bezradnie na podłogę.
- Możesz zamieszkać u mnie.
- Nie León…
- Proszę – dotknąłem jej lekko różowego policzka.
- No dobrze – odparła po chwili zastanowienia - Pomożesz mi z walizkami?
- Oczywiście.
Cały czas nie mogłem uwierzyć, jak zachował się jej własny ojciec.
Pomogłem znieść Violettcie walizki i wyszliśmy z moimi rodzicami.
- Violu nie martw się – pocieszała ją moja mama.
- Pomożemy Ci – dodał mój ojciec.
- Dziękuje Wam bardzo – powiedziała ze sztucznym uśmiechem.
~*~
Violetta chciała spać w pokoju gościnnym, więc przygotowałem jej pokój. Gdy wychodziłem już z łazienki usłyszałem Violę.
- Leoś…
- Coś się stało? – zapytałem wchodząc do jej pokoju.
- Możesz ze mną spać? – zapytała robiąc oczka numer 3 (oczy kota w butach xD)
- Oczywiście skarbie.
Już po chwili leżeliśmy wtuleni w siebie. Czułem jej oddech na mojej klatce piersiowej, czułem jej ciało, czułem ją całą. Chciałbym tak codziennie.
                              


 ---
Rozdział moim zdaniem krótki. Obiecuję, że następny będzie dłuższy ;3
Zły German! :( Ja wiem, że skrzywdziłam jego fanów... i wgl. Ale no.. tak jakoś wyszło.
Zagłosowaliście, żeby Violetta urodziła dziewczynkę. Ok :) Wasza decyzja jest do spełnienia ;D
Besos,
Mechi ;**

środa, 2 kwietnia 2014

One Part - Telegram


*XIX wiek*

Była jasna, lśniąca od gwiazd noc. Nad bezmiernym płaskowyżem zamkniętym z jednej strony postrzępionymi szczytami gór, rozpostarło się niebo ogromne i milczące.
Tam właśnie w górach, niewidoczny dla tego, kto nie zna drogi, wznosił się Ogród Księdza Gianni: potężny kasztel usytuowany na skale wraz z cytadelą. Blankowe mury, łuki, schody i studnie cisnące się do siebie jak przestraszone dzieci. Przez okna z drobnych szybek oprawionych w ołów wpadał do zamku wiatr i hulał po pustych, długich korytarzach. Wydawało się, że zamek cichutko drży. Przez kraty w ziemi pobłyskiwała świetliście woda. W rozpalonych kominkach żarzyły się drwa. Z kominków leniwie unosiły się smugi dymu.
Z odległego okna zamku przenikało silne światło, wskazujące na wielką komnatę oświetloną wieloma świecami. Jakiś mężczyzna stojący przy parapecie spoglądał w zadumie na ciąg arkad wybiegający poza dziedziniec. Ponownie odczytał wiadomość przesłaną mu na długim kawałku materiału.

Drogi Leonie!
Odwiedzą Cię w najbliższym czasie niechciani goście z Brazylii.
Każ pilnować strażnikom bramy od strony wschodu.
Oboje wiemy, że zamek Twojego ojca zostanie doszczętnie zniszczony, więc radziłbym Ci wyruszyć do Argentyny, w celu odnalezienia schronienia przed armią wroga.
Będę czekał w czwartek o 9 rano w okolicach Buenos Aires.
Twój serdeczny przyjaciel.
Peter.

Świece w komnacie zadrżały, sygnalizując, że ktoś otworzył drzwi. Mężczyzna rozpoznał chudą sylwetkę swojej asystentki, Violetty.
Mężczyzna od dawna był zakochany w swojej przyjaciółce jak i asystentce. Lecz bał się jej wyznać swoje uczucia. Chociaż był synem jednego z najbogatszych i najodważniejszych panów, bał się reakcji uroczej dziewczyny, która codziennie sprawiała mu radość własną obecnością.
- Twoje ostrzeżenie się potwierdziło – odezwała się brunetka – Żołnierze zatrzymali kilku intruzów.
- Ilu? – zapytał.
- O ile wiem, to sześciu.
- Sześciu? – szepnął w zamyśleniu – Musimy zatem oboje wyruszyć. I obawiam się, że to będzie długa podróż.
- Gdzie musimy się udać? – zapytała niepewnie.
- Peter powiadomił mnie w telegramie, że najlepiej będzie gdy schronimy się w Argentynie.
- W Buenos Aires?
- Tak… Nie wiem czy jest to najlepszy pomysł, ale nie mamy innego wyjścia.
- Rozumiem. Po prostu wiesz, że to miasto nie przywołuje mi najlepszych wspomnień – powiedziała i uroniła łzę.
Brunet nic nie powiedział, tylko przytulił swoją przyjaciółkę.
- Spakuje swoje rzeczy – odparła po chwili i wyszła z pomieszczenia.
Mężczyzna zgasił świece, zostawiając tylko jedną. Przesunął na ścianie arras, wsunął ostrożnie rękę w niszę tak, aby nie dotknąć żadnej z pułapek tu zastawionych i wyciągnął drewniane pudełko ozdobnie intarsjowane. Otworzył emaliowany zamek.
W środku było dużo kluczy, wszystkie z główką w kształcie zwierząt. Ale brakowało czterech: z aligatorem, dzięciołem, żabą i jeżozwierzem.
Zdziwił się – Jak to możliwe? – spytał sam siebie, sprawdzając jeszcze raz pudełko.
Nie umiał sobie odpowiedzieć. Zgasił ostatnią świeczkę i opuścił pomieszczenie.

~*~

Wraz z kobietą opuścili zamek, zostawiając go z pootwieranymi komnatami. Dlaczego? Otóż jak wspomniano wcześniej, brakowało kilku kluczy, którymi można było zamknąć tajemne pomieszczenia.
- O czym myślisz? – spytała brunetka wsiadając na swojego konia.
- O kluczach… Brakuje kilku do kompletu.
- Ale jak to brakuje?
- Nie mam pojęcia. Jeszcze wczoraj były wszystkie – odparł i także wsiadł na swojego konia.
- Zgubiłeś je?
- Nie.
- To gdzie są?
- Nie wiem!
- Jak możesz tak nie dbać o rzeczy!?
- Nie interesuj się, to nie Twoje klucze!
- Ale są ważne. Wiesz, że zostawiłeś otwarte wszystkie komnaty. A co z biblioteką? Są tam wszystkie księgi i mapy geograficzne, na których rysowałeś trasy podróż i plany ataków. A co jeśli wrogowie je znajdą?
- Jesteśmy skończeni. Znajdą trop i po nas… - powiedział zasmucony.

~*~

Po pięciu godzinach jazdy, zmęczeni, zatrzymali się przy starej stacji kolejowej, która była już nieczynna z powodu naprawy torów.
Przywiązali konie i usiedli na małej ławce spoglądając na gwiazdy.
- Lubisz mnie jeszcze?
- Nie.
- Myślisz, że jestem ładna?
- Nie.
- Jestem w twoim sercu?
- Nie.
- Płakałbyś gdybym odeszła?
- Nie.
W oczach Violetty zagościło mnóstwo łez. Chciała odejść, ale mężczyzna złapał ją za nadgarstek.
- Nie lubię Cię, kocham Cię. Dla mnie nie jesteś ładna, tylko piękna. Nie jesteś w moim sercu, jesteś    moim sercem. Nie płakałbym za Tobą, tylko umarłbym z tęsknoty.
Brunetka wtuliła się w jego ciepły tors i wyszeptała: Kocham Cię. A on złączył ich usta w pocałunku.

~*~

León przeglądał strony starego albumu, do którego wklejał artykuły z gazet i fotografii, gdy był jeszcze młodym chłopcem. Kiedy miał już zamknąć album, wyleciała z niego nieduża kartka. Gdy ją odwrócił ujrzał zdjęcie z własnego ślubu. Uśmiechnął się mimowolnie.
Nagle usłyszał wołanie swojej małej córeczki. Odłożył album na półkę i ruszył do pokoju dziecka, gdzie jego żona – Violetta robiła porządki.
- Coś się stało? – zapytał przejęty.
- Patrz co znalazłam! – odpowiedziała uśmiechnięta i podała mu trzy klucze z główkami zwierząt.

---
Macie taki średniowieczny opek ;D Jakoś mnie naszło.
Podziękujcie autorowi książek Ulysses More :)
Rozdział 27 prawdopodobnie jutro.
Besos,
Mechi ;**

niedziela, 30 marca 2014

Konek na Admina!

Moja stronka ma aktualnie 1201 like i zorganizowałam konek na adm. Proszę zgłaszajcie się! Dopiero 2 osoby wysłały zgłoszenia!
---> FANPAGE
Sorki za częste reklamy fanpage'a xd
~Mechi

środa, 26 marca 2014

#26 Impreza



Come out and play
Ridin' my wave
Crashin' like we got just one day
The harder you go the better you feel
C'mon and grab somebody
Get ready for the weekend

Violetta

Już od dwóch dni jestem w domu. Operacja powiodła się z czego bardzo się cieszę. León bardzo się o mnie troszczy, codziennie przychodzi do mnie po zajęciach i każe mi leżeć w łóżku. Kocham go, ale czasami zachowuje się gorzej niż mój ojciec. Może to z miłości? *.* (sorki za emotkę xd ~aut.)
Leżałam sobie bezczynnie wpatrzona w sufit. Po chwili wpadła do pokoju wpadła Olga z moim ulubionym ciastem czekoladowym.
- Kochana musisz dużo jeść! Wiem, że mój torcik wchodzi Ci najlepiej, więc wcinaj.
- Spokojnie Olgita, nie muszę tyle jeść. Przecież jak będziesz mnie tak codziennie karmiła w końcu utyję i będę wyglądała gorzej niż… Nie wiem kto, ale będę wyglądała źle.
- Już nieważne co mogłoby się stać, tylko to, co masz do zrobienia. Zjadaj skarbeńku – odstawiła talerz z ciastem na moje biurko i wyszła.
„Już nieważne co mogłoby się stać, tylko to, co masz do zrobienia”- powtarzałam sobie w myślach. Chwyciłam szybko swój pamiętnik. Znalazłam wolną stronę. Zaczęłam szybko notować na różowej kartce słowa, które same przychodziły mi do głowy.

Es seguro que me oíste hablar
de lo que se puede hacer,
de la magia que tiene cantar
y de ser quien quieres ser
Ya no importa qué pueda pasar,
si no lo que tú has de hacer,
el color que uses al pintar,
lo que pienses y el pincel

No, nawet nie źle – powiedziałam na głos.
- Co nie źle? – zapytał wchodzący do mojego pokoju León.
- Leoooś! – krzyknęłam i już chciałam wstać i się do niego przytulić, ale usłyszałam:
- Violu, miałaś się nie ruszać z łózka… - wróciłam do poprzedniej pozycji, a mój chłopak się do mnie dosiadł.
- Tak, wiem, ale nie mam 5 lat. Umiem o siebie zadbać, naprawdę.
- Po prostu strasznie się o Ciebie boje. Nie chce, żeby znów coś Ci się stało.
- Rozumiem… Strasznie Cię kocham.
- Ja Ciebie też – musnął moje usta swoimi – To co tam było takiego nie złego? – śmiesznie poruszył brwiami.
- To tekst – podałam mu mój fioletowy zeszyt – mojej powstającej piosenki.
Przeczytał słowa kilka razy i powiedział:
- Fajny. Może pokażesz to Pablowi?
- Może… Nie, przecież to się nie nadaje.
- Przecież jest wspaniałe.
- Specjalnie tak mówisz, żeby mnie pocieszyć.
- Nie prawda.
- A prawda.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak – nie uzyskałam dalszej odpowiedzi tylko poczułam jak jego wargi wbijają się w moje. Lekko pochyliłam się do tyłu, ale po chwili pogłębiłam pocałunek.
- Soy mi mejor momento – powiedziałam po naszym oderwaniu – Tak! Mam! – krzyknęłam uradowana i sięgnęłam po pamiętnik. Pisałam kolejne wersy piosenki.

Sé que existen dundes y hadas
y que intentar es mejor que nada
No te detengas, no guardes nada
Vuela más alto y verás

Voy donde sopla el viento
Hoy digo lo que siento
Soy mi mejor momento
y donde quiera yo

Voy donde sopla el viento
Hoy digo lo que siento
Soy mi mejor momento
y donde quiera yo voy

- Teraz jest wspaniały – krzyknęłam uradowana i podałam Leonowi mój zeszyt.
- Tak, masz rację. Tekst jest boski, ale nie tak jak ty – powiedział, a ja spuściłam głowę, aby zakryć moje rumieńce.
- Kochanie rumienisz się?
- Nie… - powiedziałam nieśmiało.
- Violu… -
- Cioo? – zapytałam i wtuliłam się w jego tors, a on się zaśmiał.
- Już nic.
- Kocham Cię, wiesz?
- Wiem, ja Ciebie też.
Leżeliśmy od dłuższego czasu wtuleni w siebie. Po chwili zadzwonił mój telefon.
- Hej Violu! – usłyszałam głos blondynki.
- Cześć Lu.
- Masz może ochotę na imprezkę?
- No pewnie, że mam. Tylko moja niania się chyba nie zgodzi.
- Ej! – krzyknął oburzony León, a ja się zaśmiałam.
- Spokojnie, musi się zgodzić. Za dwie godziny będziemy po Was. Pa.
- No, pa.
- Leeeooooś – zrobiłam maślane oczka – Pójdziemy z naszymi kochanymi przyjaciółmi na małą potańcówkę, co?
- No nie wiem…
- No proszęęęęę! Będę na siebie uważać.
- Ok, ale będę cały czas przy Tobie.
- Bardzo kusząca opcja.
- Pójdę do domu się przygotować. Dobrze skarbie?
- Jasne, przyjdź za 2 godzinki – kiwnął głową na „tak” i pocałował mój policzek.
Moment! Zapomniałam zapytać się ta… A no tak, taty nie ma w domu. Olgusia na pewno się zgodzi. Zaczęłam szukać czegoś odpowiedniego do założenia. Po chwili wybrałam to.
W międzyczasie umalowałam się i zakręciłam włosy. Czas minął strasznie szybko i usłyszałam dzwonek do drzwi. Powiedziałam Oldze, że wychodzę i wyszłam na dwór. Przyjaciele przywitali mnie ciepło i ruszyliśmy.
- Wiesz, że wyglądasz nieziemsko? – szepnął mi do ucha Leoś.
- Wiem... Ty też niczego sobie – odpowiedziałam z uśmiechem, a on złączył nasze ręce.
Po chwili doszliśmy do klubu. Zajęliśmy szeroką kanapę ze stolikiem. Usiadłam z dziewczynami, a chłopaki poszli nam coś zamówić. Szczerze to nie wiedziałam, że tak potoczy się moje życie. Jeszcze kilka tygodni temu moje życie było totalnym koszmarem. Myślałam, że już nikt się ze mną nie zaprzyjaźni, a co dopiero będzie chciał ze mną chodzić. Dzień, w którym zaczęłam znajomość z Leonem zapamiętam na zawsze – pomyślałam i uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Co Cię tak cieszy? – zapytała Camila.
- Myślałam o dniu, w którym poznałam Leona.
- To takie słodkie… - powiedziała Nati – Pamiętam jak ja poznałam Maxiego… - rozmarzyła się.
- Dobra, dosyć dziewczyny. Przyszłyśmy tu, żeby się bawić, co nie? – mówiła Lu
- Proszę – podszedł do mnie León i wręczył mi napój w kieliszku.
- Dziękuję.

~*~

Byłam już po kilku drinkach, zresztą jak reszta. Tańczę teraz z Leonem, a on co jakiś czas całuje moją szyję. Po chwili stwierdziliśmy, że pójdziemy już do domu. Wracała z nami Marcesca, a pozostali zostali. Domyślam się jakiego będziemy mieli dużego kaca.
Po chwili rozdzieliliśmy się (każda para poszła w inną stronę) i doszliśmy do domu Verdasa. Gdy weszliśmy, León zaczął mnie całować, a ja odwzajemniałam. Dalej nic nie pamiętam.
~*~
Obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Przetarłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Zaraz, zaraz przecież to nie mój pokój. Spojrzałam w lewo. Zobaczyłam budzącego się mojego chłopaka i zorientowałam się, że jestem goła.
- Ałł… - dotknął swojej głowy León.
- Też masz strasznego kaca?
- Violetta? Ty tu…?
- A nie widzisz?
- My… Jak wróciliśmy z klubu, to ten…?
- Nie mam pojęcia.
- No, to… Może pójdę nam zrobić jakieś śniadanie.
- Ok… A właśnie León. Twoich rodziców nie ma?
- Tak, są w Hiszpanii. A co?
- No, bo… Wiesz, my sami w sypialni. Jakby tu weszli…
- Spokojnie na pewno… - w tym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi – Violetta, jaki jest dzisiaj dzień?
- Wtorek.
- Ale który?
- 20 maja.
- Nie! Nie, nie, niee...
- Ale co się stało?
- Zapomniałem!
- Ale co zapomniałeś!?
- To rodzice stoją pod drzwiami…
- Gdzie są moje ubrania?
- Przecież nie ubierzesz się we wczorajsze. Ale boski León o wszystkim pomyślał i ma Twoje ubrania na wypadek jakbyś tu nocowała.
- Dziękuje kochanie – owinęłam się kołdrą i pobiegłam do szafy.
- Ej! Moja kołdra!
- Idź otwórz lepiej rodzicom.
- No, już tylko się ubiorę.
Po chwili znalazłam ładny zestaw. Upięłam włosy w luźny koczek i zmyłam wczorajszy makijaż. Popędziłam na dół i tam zauważyłam rodziców Leona.
- Dzień dobry…
- O, witaj Violetto. Co robisz tutaj o tak wczesnej porze? – zapytała Veronica.
- Ja…? Yyy… Bo my z Leonem biegamy. Prawda? – zapytałam wchodzącego do pokoju bruneta.
- Ale co? – zapytał rozkojarzony.
- No, że… idziemy zaraz biegać.
- Yy… Tak! Codziennie uprawiamy ten, no… jogging.
- Dobrze…?
- To my już idziemy. Chodź León – pociągnęłam chłopaka za rękę i wyszliśmy z mieszkania.
- Ty to umiesz kłamać – zaśmiał się.
- No co? Nawet nie podziękowałeś, że nasz uratowałam.
- Dziękuję wspaniała dziewczyno – złączył nasze usta w pocałunku.

*Następnego dnia*

Latam już od godziny co chwilę do łazienki. Nie wiem dlaczego. Chyba coś mi zaszkodziło…
Gdy już po raz kolejny wychodziłam z toalety zaczepiła mnie ciocia.
- Violu, co się z Tobą dzieje?
- Nie wiem Angie.
- Violu… Chodź do Twojego pokoju.
- Dobrze.
Kiedy siedziałyśmy na łóżku, zapytałam:
- To, o co chodzi?
- Zapytam prosto z mostu. Uprawiałaś seks z Leonem?
- Angie…
- Odpowiedz to jest ważne.
- Tak, ale się zabezpieczyliśmy.
- Na pewno?
- Chociaż… Wczoraj…
- Violetto nie przeciągaj.
- No, bo wczoraj poszliśmy z przyjaciółmi na imprezę i dzisiaj obudziłam się u niego w łóżku…
- No i widzisz! Idź do apteki po test.
- Angie, proszę nie mów nic tacie jak wróci.
- Dobrze, to będzie nasz taki mały sekrecik.
- Okej, to ja lecę.
Udałam się do najbliższej apteki. Podeszłam do lady, gdzie stała uśmiechnięta sprzedawczyni.
- Poproszę 3 najlepsze testy ciążowe.
- Dobrze…
- Będzie razem 11 peso.
- Proszę – podałam kobiecie pieniądze i zabrałam testy.
- Dziękuję i do widzenia.
- Do widzenia.

*Dom państwa Castillo*

Od razu skierowałam się do łazienki. Sprawdziłam wszystkie testy i wynik był pozytywny...

---
I macie rozdział 26! :)
Chcieliście, żeby Viola była w ciąży, więc proszę. Teraz wybierajcie płeć ;3
Jak myślicie Violetta powie o dziecku Leonowi lub swoim najlepszym przyjaciółkom? Tego dowiecie się w następnym rozdziale.
Ciao,
Mechi ;**


Szablon by Katrina